Trnawa (Trnava) mnie zaskoczyła, choć myślałem, że zachodnią Słowację znam na pamięć. W mieście nie przegap murów, podziemi z kryptami i piwnicami, wieży miejskiej ani bazyliki św. Mikołaja. W okolicy polecam degustację wina w Terra Parna i miodu pitnego w Medolandii, byle kierowca nie degustował.
- Gdzie spałem
- w centrum, w Apartments 1620yr w renesansowym budynku z 1620 roku, rok później w pałacu w Voderadach
- Zwiedzanie za darmo
- w lipcu i sierpniu wycieczki z przewodnikiem startują spod wieży miejskiej i trwają około godziny, ja wybrałem trasę Trnava sacra
- Na kawę
- Synagóga Café w odnowionej synagodze, jedna z moich ulubionych kawiarni na Słowacji
- Medolandia
- wstęp 5 € od maja do września, od października do kwietnia za darmo, latem róże, zimą miód pitny i pierniki
- Terra Parna
- kolacje degustacyjne w winnicy w Różanej Dolinie bywają wyprzedane na długie miesiące naprzód
Spis treści9 rozdziałówUkryjPokaż
- 01Nocleg w historycznym centrum Trnawy
- 02Co zobaczyć w Trnawie i okolicy według Milana Bez Mapy: zabytki i wskazówki
- Dlaczego Trnawę nazywa się Małym Rzymem i co naprawdę za tym stoi
- Podziemne miasto w Trnawie: krypty i piwnice
- Mury miejskie Trnawy
- Plac Trójcy Świętej i jarmark bożonarodzeniowy
- Wieża miejska w Trnawie i jej mechaniczny zegar
- Synagóga Café i kawiarnia w Teatrze im. Jána Palárika
- 03Bazylika św. Mikołaja i obraz, który według legendy trzy razy uratował Trnawę
- 04Cukrownia w Trnawie, przemysłowe serce miasta
- Krótka historia cukrowni w Trnawie
- 05Park angielski przy pałacu w Voderadach, pierwszy taki na Słowacji
- 06Terra Parna, winnica, w której wreszcie zrozumiałem, dlaczego Modrý Portugal nie jest portugalski
- 07Medolandia i rozarium różanej hrabiny, która lubiła Beethovena
- Medolandia i degustacja miodu pitnego
- 08Gdzie zjeść i gdzie na degustację wina i miodu pitnego w okolicach Trnawy
- Winnica Vína z Mlyna, jej pieczona kaczka i wino mszalne
- Winnica Mrva & Stanko
- Winnica Karpatská Perla
- Degustacja miodu pitnego w Smolenicach
- Bistro PERK
- 09Wizyta w pałacu w Voderadach, kolacja i nocleg
Co zobaczyć w Trnawie i okolicy? Przyznaję, myślałem, że zachodnią Słowację mam całą schodzoną i znam ją na wylot. Kiedy organizacja turystyczna Región Trnava zaprosiła mnie do siebie, pomyślałem: „Czemu nie? Pewnie nie zobaczę nic nowego, ale przynajmniej zrobię sobie wycieczkę po Słowacji”. I wiesz co? Wszystko było dla mnie nowe. Poniżej piszę, co zobaczyć w Trnawie.
Trnawa to jedno z najstarszych miast na Słowacji. W 1238 roku jako pierwsze miasto na terenie dzisiejszej Słowacji otrzymała prawa miejskie. Jej historyczne centrum otaczają mury, które należą do najlepiej zachowanych fortyfikacji na Słowacji i w Europie.
Miasto było kiedyś centrum religii, nauki i kultury, i czuć to do dziś 🙂 No i jeszcze to świetne wino i miód pitny, które można tu degustować od rana do wieczora. Uwierz mi, sprawdziłem, haha. Najpierw nocleg, a potem ruszamy na zwiedzanie.

Nocleg w historycznym centrum Trnawy
W Trnawie jest dużo miejsc noclegowych, więc mogę polecić tylko to, które sam sprawdziłem. Kiedy gdzieś nocuję, lubię autentyczne miejsca z charakterem.
Zatrzymałem się w samym centrum, w Apartments 1620yr. Apartamenty mieszczą się w renesansowym budynku z 1620 roku. To ważny przykład architektury mieszczańskiej, który ma status narodowego zabytku kultury.

Architektura tego domu jest typowa dla renesansu: arkady wsparte na kolumnach nadają budynkowi niepowtarzalny historyczny charakter. Poranna pobudka w takim miejscu to było przeżycie. Jeśli masz auto, możesz też spróbować noclegu w pałacu w Voderadach (Voderady), gdzie spałem rok później. Więcej o pałacu i parku, który kryje się za nim, przeczytasz niżej.
Co zobaczyć w Trnawie i okolicy według Milana Bez Mapy: zabytki i wskazówki
- Dlaczego Trnawę nazywa się Małym Rzymem i co naprawdę za tym stoi
- Podziemne miasto w Trnawie: krypty i piwnice
- Mury miejskie Trnawy
- Plac Trójcy Świętej i jarmark bożonarodzeniowy
- Wieża miejska i widok na całą Trnawę
- Synagóga Café i kawiarnia w Teatrze im. Jána Palárika
Dlaczego Trnawę nazywa się Małym Rzymem i co naprawdę za tym stoi
Odpowiedź „bo jest tu dużo kościołów” słyszałem już wiele razy, także wtedy, gdy przyjechałem do Trnawy po raz pierwszy. Dopiero podczas ostatniej wizyty, na bezpłatnym zwiedzaniu miasta, rozłożył mi to na czynniki pierwsze przewodnik Slavomír Dzvonik z miejscowej informacji turystycznej. Muszę przyznać, że prawdziwy powód jest dużo ciekawszy niż liczba wież.
W 1526 roku Węgrzy przegrali bitwę pod Mohaczem, a kilka lat później Turcy zajęli Ostrzyhom (Esztergom), dotąd siedzibę arcybiskupa węgierskiego. Kościelna elita potrzebowała nowego, bezpiecznego miejsca i wybrała właśnie Trnawę, miasto z mocnymi murami. Arcybiskup ostrzyhomski przeniósł tu swoją siedzibę w 1543 roku i została ona w Trnawie prawie trzysta lat, aż do 1820 roku. Z tego samego powodu miastem koronacyjnym stała się wtedy Bratysława. Turcy po prostu zajęli dawne centra kraju i wszystko, co ważne, przeniosło się na zachód.
Trnawa stała się więc na trzy stulecia religijnym i kulturalnym centrum całego Królestwa Węgier. W 1635 roku kardynał Péter Pázmány założył tu uniwersytet, który przyciągnął tysiące studentów. Kolejne zakony, jezuici, franciszkanie, paulini, trynitarze, klaryski czy urszulanki, budowały tu jeden po drugim własne kościoły i klasztory. Właśnie dlatego małe historyczne centrum ma tyle wież. To nie przypadek ani moda, tylko skutek tego, że na trzy stulecia przeniosła się tu kościelna administracja całego kraju. Dopiero w 1777 roku uniwersytet przeniesiono do Budy i Trnawa straciła uprzywilejowaną pozycję, ale nazwa Mały Rzym została jej do dziś.
- Wskazówka od Milana W lipcu i sierpniu Trnava Tourism organizuje bezpłatne wycieczki po mieście z przewodnikiem. Zaczynają się przed wieżą miejską, trwają około godziny i nadają się też dla dzieci i obcokrajowców. Ja poszedłem na trasę „Trnava sacra” poświęconą zabytkom sakralnym, a przewodnik chodzi nawet w stroju z epoki. Jest też druga trasa, „Trnava svetská” (Trnawa świecka), która prowadzi w miejsca zwykle niedostępne, na przykład na bastion murów miejskich.
Podziemne miasto w Trnawie: krypty i piwnice
Trnawa, czyli wspomniany „Mały Rzym”, kryje ciekawe miejsca nie tylko na powierzchni, ale i pod ziemią. Jej podziemia to labirynt historycznych krypt, piwnic i korytarzy, które pięknie się zachowały. Jeśli szukasz nietypowych wrażeń z nutą tajemnicy, podziemne miasto w Trnawie na pewno cię oczaruje. Zarezerwuj zwiedzanie z przewodnikiem. Podobne krypty i katakumby zwiedziłem też w Żylinie i w Paryżu.
Są tu dawne krypty, które służyły jako miejsca ostatniego spoczynku, i piwnice, w których kiedyś przechowywano wino i żywność. Te przestrzenie świadczą o kunszcie i przemyślanym planowaniu dawnych budowniczych. Podczas zwiedzania dowiesz się, do czego służyły w przeszłości i dlaczego do dziś są czymś tak rzadkim. Mnie takie ukryte podziemia zawsze bardzo się podobały.


Mury miejskie Trnawy
Jednym z najbardziej wyrazistych symboli miasta są mury miejskie, które przetrwały do dziś jako imponujące świadectwo średniowiecznej świetności i strategicznego znaczenia Trnawy. Powstały w XIII wieku, krótko po tym, jak Trnawa otrzymała przywileje wolnego miasta królewskiego.
W tamtych czasach były jedną z największych fortyfikacji w Europie Środkowej. Mury otaczały całe miasto, a uzupełniały je fosa wypełniona wodą, bramy i baszty obronne. Odcinki, które przetrwały, należą do najlepiej zachowanych średniowiecznych fortyfikacji na Słowacji. A wiesz, co jest najlepsze? Że możesz po nich po prostu pospacerować. Jedne schody na mury są na przykład za bazyliką św. Mikołaja.
Plac Trójcy Świętej i jarmark bożonarodzeniowy
Plac Trójcy Świętej (Trojičné námestie) to moim zdaniem jeden z najpiękniejszych historycznych placów na Słowacji. Podoba mi się, jak łączy się tu tradycyjna architektura z socjalistycznym brutalizmem. Nad placem dominuje kolumna Trójcy Świętej, od której wziął nazwę. Wokół niej stoją historyczne kamienice, które tworzą idealne tło dla jarmarku bożonarodzeniowego.
Tradycyjny gorący poncz, grzane wino, pierniki i lokalne specjały z Trnawy: to wszystko czeka na ciebie na jarmarku. Polecam zwłaszcza grzane wino truskawkowe 😀
- Wskazówka od Milana Na jarmark najlepiej wybrać się wczesnym wieczorem, kiedy plac jest najpiękniejszy, rozświetlony tysiącami światełek i pachnący grzanym winem. Na koniec w nagrodę możesz wejść na wieżę miejską i popatrzeć na cały plac z góry. Ciekawostka: w 2025 roku Trnawa świętowała stulecie rozświetlania choinki na placu, a ja przy tym byłem.

Wieża miejska w Trnawie i jej mechaniczny zegar
Wieża miejska, która wznosi się nad placem Trójcy Świętej, to jeden z najbardziej znanych symboli Trnawy. Zbudowano ją w latach 1574–1578, a pierwotnie służyła jako wieża strażnicza i sygnalizacyjna. Dziś to popularne miejsce z pięknym widokiem na miasto i okolicę.
Jedną z największych atrakcji wieży jest jej mechaniczny zegar, jeden z najstarszych działających mechanizmów zegarowych na Słowacji. Zamontowano go już w 1729 roku i chodzi do dziś. Codziennie trzeba go ręcznie nakręcać, co świetnie pokazuje kunszt dawnych zegarmistrzów. Zapytaj przewodnika, może pozwoli ci go nakręcić, tak jak mnie 🙂
Synagóga Café i kawiarnia w Teatrze im. Jána Palárika
Jak na kawę, to do Trnawy. Synagóga Café to jedna z moich ulubionych kawiarni na całej Słowacji. To niezwykłe miejsce powstało w odnowionej zabytkowej synagodze. Nowoczesne wnętrze z wyczuciem zachowuje oryginalne elementy budynku, takie jak zdobione stropy i witraże, a to daje atmosferę, jakiej nie ma nigdzie indziej.
- Wskazówka od Milana W centrum miasta, w samym budynku trnawskiego teatru, znajdziesz stylową kawiarnię z artystycznym klimatem. Kawiarnia w Teatrze im. Jána Palárika ma dobrą kawę, lekkie przekąski i przyjemną atmosferę z widokiem na gwar historycznego centrum. A ciasta musisz spróbować.


Bazylika św. Mikołaja i obraz, który według legendy trzy razy uratował Trnawę
Podczas poprzedniej wizyty prawie nie zwróciłem uwagi na to miejsce. To błąd, którego lepiej nie popełniać. Bazylika św. Mikołaja powstała na przełomie XIV i XV wieku w miejscu starszego romańskiego kościółka, a jej budowę finansowali nawet sami królowie węgierscy: Ludwik Węgierski, Zygmunt Luksemburski i Albrecht Habsburg. Przez prawie trzy stulecia, kiedy rezydował tu arcybiskup ostrzyhomski, służyła za tymczasową katedrę i była jedną z najważniejszych budowli w całym Królestwie Węgier. W krypcie pod świątynią pochowano kilku arcybiskupów i dostojników kościelnych. Wciąż stoją tu też jedne z najstarszych organów w Trnawie, na których do dziś odbywają się koncerty.
Tuż obok bazyliki zobaczysz renesansowy pałac arcybiskupi, kiedyś okazałą rezydencję, dziś niestety niszczejący i nieużywany budynek. Od lat nie da się do niego wejść nawet po schodach, bo część po prostu zamknięto ze względów bezpieczeństwa. Szkoda, mam nadzieję, że to się kiedyś zmieni.
Najmocniejsza historia bazyliki kryje się jednak w bocznej kaplicy, gdzie wisi obraz Matki Bożej Trnawskiej. Według tradycji kościelnej podczas zagrożenia tureckiego w 1663 roku pojawiły się na nim łzy, a Turcy niespodziewanie odstąpili od miasta. Kilka dziesięcioleci później, w 1708 roku, w czasie powstania antyhabsburskiego, obraz miał zapłakać aż trzy razy w ciągu kilku tygodni. To wydarzenie jest dość dobrze udokumentowane: ówczesna komisja przesłuchała pod przysięgą trzydziestu dwóch świadków. W 1710 roku, kiedy w mieście szalała dżuma, mieszkańcy zorganizowali procesję z obrazem i zaraza podobno właśnie wtedy ustała. Na pamiątkę tych wydarzeń w Trnawie do dziś co roku w listopadzie odbywa się nowenna, czyli dziewięć dni modlitwy. Nie wiem, czy wierzysz w cuda, ale jako historia miasta to mocna rzecz. Rozumiem, dlaczego obraz stał się celem pielgrzymek, a kościół nosi dziś papieski tytuł bazyliki mniejszej. Przewodnik pokazał mi też, że bazylika przechowuje relikwię krwi papieża Jana Pawła II, którą kilka lat temu podarował jej jeden z biskupów krakowskich.
Cukrownia w Trnawie, przemysłowe serce miasta
Oprócz typowych atrakcji muszę tu dodać jeden z najważniejszych rozdziałów przemysłowej historii Trnawy. Kiedy byłem dzieckiem, często jeździliśmy przez Trnawę do babci.
Jako mały chłopiec spałem w aucie, ale kiedy przejeżdżaliśmy przez miasto, zawsze budził mnie intensywny smród. Co to było? Przetwarzanie buraków cukrowych. Dziś kompleks budynków niszczeje, ale organizacji Región Trnava udało się zorganizować zwiedzanie z przewodnikiem, za co jestem ogromnie wdzięczny.
Krótka historia cukrowni w Trnawie
Cukrownia w Trnawie ma długą historię. Pierwsze próby przetwarzania buraków cukrowych w miejscu dzisiejszego osiedla Družba podjęli bracia Vaymárowie, ale ich pierwsza cukrownia upadła po kilku latach. Klasyczna era zaczęła się od założenia nowego zakładu Tyrnauer Zuckerfabrik. Później przejęła go rodzina Stummerów i przez dziesięciolecia rozwinęła w jedną z największych i najnowocześniejszych cukrowni w monarchii austro-węgierskiej.
Po nacjonalizacji działała pod nazwą Cukrownia im. Petera Jilemnickiego, a od lat 90. jako Trnavský cukrovar, a. s. Produkcja trwała tu prawie 135 lat, aż w 2004 roku definitywnie ją zakończono.


Ikoną kompleksu jest wysoki komin, do dziś jedna z dominant w panoramie miasta. Cztery obiekty są wpisane na listę narodowych zabytków kultury: główny budynek produkcyjny, oba magazyny cukru i budynek administracyjny. Ciekawostką jest też to, że kiedyś używano tu elektrycznych wózków trolejowych do przewozu cukru do magazynów. Jak na tamte czasy była to bardzo postępowa innowacja techniczna.
- CIEKAWOSTKA: Cukrownię zbudowano na skraju miasta, poza historycznymi murami, co dokładnie odpowiadało jej przemysłowemu charakterowi. Z czasem jednak Trnawa rozrosła się poza mury i otoczyła cukrownię.
Dziś cały teren zmienia się w zupełnie nową dzielnicę z mieszkaniami, kulturą, zielenią i usługami. Odnowione budynki mają łączyć zabytkową architekturę przemysłową z nowoczesną zabudową. Oby już niedługo 🙂
Park angielski przy pałacu w Voderadach, pierwszy taki na Słowacji
Pałac w Voderadach polecałem ci już jako nocleg, ale za nim kryje się coś, co zasługuje na osobny rozdział. W 1794 roku hrabia František Zichy zlecił niemieckiemu architektowi ogrodów Bernardowi Petriemu przebudowę dawnego ogrodu francuskiego na modny wtedy park angielski, tak zwany naturalistyczno-sentymentalny. Tak powstał pierwszy park tego typu na terenie dzisiejszej Słowacji, o którym pisano wtedy nawet w zagranicznych almanachach ogrodniczych. Na pamiątkę przebudowy hrabia kazał postawić dwunastometrowy obelisk z łacińskim napisem, który, nawiasem mówiąc, do dziś czeka na renowację.
W parku umieszczono dokładnie to, co lubiła ówczesna moda: sztuczną grotę ze stalaktytami, udawaną ruinę zamku z wieżami i zwodzonym mostem, pustelnię, kaplicę i stary młyn. Mój ulubiony szczegół? Jeden z ostatnich właścicieli, podróżnik Jozef Zichy, wrócił z wyprawy przez Egipt, Półwysep Arabski, południe Indii, Malezję, Indonezję, Japonię, Chiny i Mongolię z inspiracją w postaci chińskich pagód. Jedna stoi do dziś, druga ma wkrótce wrócić na wysepkę na środku stawu. Tu znajdziesz moje kolejne pomysły na wycieczki w okolicach Trnawy.
A teraz mój ulubiony kontrast w całym parku. Pustelnię, czyli niewielką budowlę, która miała wyglądać jak siedziba średniowiecznego pustelnika, odtworzono dziś w zupełnie nowoczesnej technologii: wydrukowano ją w 3D. Według informacji od samych właścicieli to pierwsza budowla tego rodzaju na Słowacji. XVIII wiek zrobiony technologią XXI wieku: właśnie dla takich szczegółów kocham podróże.
Stawy w parku dawniej zasilała grawitacyjnie młynówka potoku Gidra. Dziś, kiedy dopływ wysechł, uzupełnia je pompa. Można było w nich nawet pływać, były tu przebieralnie, a na wysepkę dało się dostać tylko łódką. Kiedy poszliśmy to zobaczyć, sami w końcu wylądowaliśmy na wodzie. Wiosłowanie nie było w planie, ale nie żałuję. W czasach socjalizmu działała tu szkoła rolnicza z oborami i kurnikami, a po aksamitnej rewolucji pewien prywatny właściciel postawił sobie nawet dom w środku udawanej ruiny, z oknami i okiennicami.
Od dwóch, trzech lat park intensywnie odnawia rodzina Bohdalów razem z konserwatorem Palem Ďurką, który nalegał na dokładne repliki ceramiczne. To miła odmiana w porównaniu z podobnym parkiem w Dolnej Krupej (Dolná Krupá), o którym opowiem niżej: tamten należy do państwa, a jego renowacja grzęźnie w biurokracji. Park w Voderadach jest przy tym otwarty dla zwiedzających, latem odbywają się tu czwartkowe grille, a na Boże Narodzenie kolacja degustacyjna.
- Wskazówka od Milana Trnawa organizuje bezpłatne gwarantowane wycieczki po mieście z przewodnikiem przy wsparciu słowackiego Ministerstwa Turystyki i Sportu, latem w dni robocze o 10:30. To idealna opcja dla turystów indywidualnych. W piątek i sobotę rano na placu odbywa się targ.

Terra Parna, winnica, w której wreszcie zrozumiałem, dlaczego Modrý Portugal nie jest portugalski
Winnica Terra Parna leży w Różanej Dolinie (Ružová dolina) koło Suchej nad Parnou (Suchá nad Parnou), na gruntach, które kiedyś należały do zakonu i służyły jako letnia rezydencja. Kamienna wieżyczka z krzyżem, którą prawie każdy bierze tu za kaplicę, to w rzeczywistości wieża ciśnień postawiona przez miejscowego mnicha. W latach 30. zamożni mieszczanie z Trnawy budowali tu letnie wille, według jednego z sąsiadów dlatego, że Trnawa nie miała wtedy kanalizacji i latem w mieście porządnie śmierdziało. O ich winnice dbali miejscowi, a działały tu trzy winiarnie, tak zwane viechy, i kawiarnia U Viežličiek.
Winnicę, którą ojciec Jožo posadził w 2003 roku, prowadzą dziś dwie z jego trzech córek. Jedna skończyła studia z uprawy winorośli, druga Luxury Branding & Fashion w Grenoble. Razem uprawiają prawie 8 hektarów.
Właśnie tu usłyszałem najlepszą historię całej wycieczki, tę o odmianie Modrý Portugal (Portugieser). Zawsze myślałem, że nazwa coś znaczy i że odmiana naprawdę pochodzi z Portugalii. Nie pochodzi. Analizy genetyczne nie wykazały żadnego pokrewieństwa z odmianami portugalskimi, a portugalscy ampelografowie odrzucają jakikolwiek związek. Jedyny trop, który przekazuje się z ust do ust, to legenda o hrabim Friesie z austriackiego Vöslau, któremu około 1770 roku miano przywieźć sadzonki właśnie z Portugalii. Ojciec Jožo wybrał Modrý Portugal do swojej winnicy zupełnie inaczej: chodził po wsi i pytał starsze panie, co tu od zawsze dobrze rosło. W czasach komunizmu odmiana zyskała zresztą złą sławę, bo krzewy przeciążano, a z przenawożonej gleby wychodziło wodniste, cienkie wino.
Równie ciekawe jest wyjaśnienie, dlaczego starzejący się riesling czasem pachnie benzyną. To nie wada, tylko związek o łamiącej język nazwie trimetylodihydronaftalen, który powstaje już w winnicy, kiedy winogrona dostają dużo słońca. I drobiazg na koniec: w niektórych rocznikach biedronki na winogronach potrafią dodać winu charakterystycznej goryczki, jeśli winiarz nie oddzieli ich podczas zbioru.
Nauczyłem się tu też odróżniać uczciwą beczkę od takiej, która tylko na uczciwą wygląda. Prawdziwa dębowa beczka barrique kosztuje od 500 euro w górę. Zachodzi w niej powolna mikrooksydacja, a taniny z czasem się wygładzają. Tańszy sposób to drewniane wióry wrzucone do zbiornika ze stali nierdzewnej: dają winu podobny aromat, ale nie ten sam proces. Zbiór jest tu w stu procentach ręczny, a budynek winiarni postawiono w samej winnicy, żeby winogrona jechały jak najkrócej i się nie utleniały. Ich Sauvignon 2025 wyszedł niezwykle aromatyczny właśnie dlatego, że podczas zbioru chłodzili winogrona w samochodzie chłodni.
Alibernet zostawiają w dobrych latach na krzewie aż do mrozu poniżej minus siedmiu stopni, żeby zebrać grona na wino lodowe z prawie 300 gramami cukru. W ostatnim, deszczowym roczniku wszystko jednak wcześniej zgniło, a ostatnie butelki z poprzedniego zbioru trafiły do restauracji z gwiazdkami Michelin w Anglii. To właśnie taki rarytas, o którym chce się pisać.
Dziś biznes kręci się tu głównie wokół wrażeń: kolacje degustacyjne są wyprzedane z wielomiesięcznym wyprzedzeniem, w czerwcu robią imprezę dla czterystu osób, są wesela, a nawet zajęcia barre i pilates z brunchem. Pod względem przychodów wino jest dopiero na drugim miejscu. Uczciwie muszę dodać też coś, co tu nie działa. Małokarpacki Szlak Wina (Malokarpatská vínna cesta) jako koncepcja upadł: brakowało gwarancji jakości i nalano dużo wina, za które nikt nie zapłacił. Jego następca, Chuť Malých Karpát (Smak Małych Karpat), z biletami i wyłącznie certyfikowanymi winiarzami, w tym roku już się nie odbędzie. On też się nie utrzymał. Kiedy porównam to z Morawami Południowymi albo z Austrią, gdzie jedna winnica sąsiaduje z drugą, a wszędzie są trasy rowerowe, widzę, że tu podobna infrastruktura po prostu jeszcze się nie przyjęła. Winiarze nawet ze sobą nie konkurują. Ich prawdziwym rywalem jest importowane wino z restauracyjnych kart i ci, którzy sprzedają wino z cysterny z Hiszpanii jako słowackie.
Susza też jest tu odczuwalna: stumetrowa studnia stoi bez wody, a kilka kilometrów dalej, w Doľanach (Doľany), woda tryska jak gejzer z głębokości czterdziestu metrów. Smolenice kilka lat temu zostały zupełnie bez wody. Region z tyloma winnicami i tak wrażliwy na pogodę: to szczegół, o którym dobrze pamiętać.
Medolandia i rozarium różanej hrabiny, która lubiła Beethovena
Dolná Krupá to wieś muzyki i róż i naprawdę zasługuje na oba te określenia. Na początku XIX wieku przyjeżdżał tu uczyć gry na fortepianie sam Ludwig van Beethoven. Gościł u rodziny Brunsvików i uczył ich córki. Jedna z Brunsvikówien wyszła później za Choteka i właśnie z tej linii rodu pochodzi kobieta, dla której przyjeżdżają tu dziś miłośnicy róż z całej Słowacji.
Hrabina Maria Henrietta Chotek (Mária Henrieta Choteková), urodzona w 1863 roku właśnie w Dolnej Krupej, stworzyła tu jedno z największych prywatnych rozariów w całej Europie. U szczytu sławy, około 1910 roku, rosło w nim ponad 6000 odmian róż. Eksportowała je do całej Europy, do USA i Kanady, a zagraniczni hodowcy róż uznawali ją za największy autorytet w swojej dziedzinie. Jak na kobietę z przełomu wieków była to naprawdę niezwykła pozycja. Sama uważała się raczej za ogrodniczkę niż za hodowczynię, mimo to wyhodowała cztery własne odmiany. Najbardziej znana z nich to ogniście czerwona, pachnąca Ignis z 1934 roku.
Rozarium podupadało już od wielkiego kryzysu w latach 30., a druga wojna światowa zadała mu ostateczny cios: po 1945 roku praktycznie nic z niego nie zostało. Hrabina zmarła w 1946 roku, opuszczona i bez rodziny, w klasztorze w Dolnej Krupej, gdzie opiekowały się nią siostry zakonne. Majątek przejęło państwo, grunty rozparcelowano i dziś na części z nich stoją zwykłe domy. Sam pałac należy do Słowackiego Muzeum Narodowego.
Ta historia ma jednak piękny ciąg dalszy. W 2019 roku rodzina Kudláčów, właściciele miodosytni Apimed, założyła niedaleko pierwotnego miejsca nowe rozarium, które nawiązuje do dziedzictwa hrabiny. Udało im się nawet zdobyć różę Ignis, jej własną odmianę, która przetrwała tylko u niemieckich hodowców w Sangerhausen, i posadzić ją z powrotem w Dolnej Krupej na honorowym miejscu.
Medolandia i degustacja miodu pitnego
Ta sama rodzina prowadzi też Medolandię, teren pełen atrakcji zbudowany w ruinach dawnych budynków gospodarczych hrabiny. Rozpoznasz je po wysokim kominie dawnej gorzelni. Ich filozofia jest prosta: miód pitny to dusza miodu w winnym wydaniu. Zgodnie z prawem miodem pitnym może być tylko napój z miodu, wody i drożdży, więc bezalkoholowy miód pitny, o którym czasem się mówi, technicznie wcale nim nie jest.
Ich flagowe produkty to Staroslovanská svetlá, wyłącznie z miodu akacjowego, i gęstsza, słodsza Staroslovanská tmavá z miodu leśnego. Najpopularniejsza na jarmarkach bożonarodzeniowych jest jednak ich korzenna Trnavská z miodu wielokwiatowego z cynamonem i goździkami. Miód kupują od mniej więcej 150 słowackich pszczelarzy, których sami sprawdzają, a każdą partię przed zakupem badają w laboratorium. Ponieważ każdy rok jest inny, sztuka technologów polega na tym, żeby klient w ogóle nie rozpoznał różnicy między rocznikami: nowy miód pitny dojrzewa krócej, starszy nawet cały rok, a efekt musi smakować tak samo.
Najrzadszy jest u nich miód leśny, którego nie ma co roku, i kasztanowy, którego po prostu nie zbiera się tyle, ile potrzebują. Mają też własny różany miód pitny. Przy nim robi się dokładnie odwrotnie niż przy przycinaniu róż: zrywa się właśnie najpiękniejsze kwiaty, ręcznie obrywa płatki, a potem przez całe tygodnie moczy je w miodzie pitnym. Nosi imię Mária Henrieta.
- Wskazówka od Milana Wstęp na teren z rozarium kosztuje od maja do września 5 €, uczniowie, studenci i seniorzy płacą 4 €, a od października do kwietnia wejście jest bezpłatne. Latem królują tu róże, zimą miód pitny i pierniki, w weekend działa też kawiarnia.



Gdzie zjeść i gdzie na degustację wina i miodu pitnego w okolicach Trnawy
Jak już wspomniałem, region trnawski to kraina degustacji wina i miodu pitnego. Czy przyjedziesz w okresie świątecznym, czy po prostu na rowerową wycieczkę po regionie, na każdym kroku trafisz na winnice, które mają dla przejezdnych przygotowane degustacje własnych win, coś dobrego do jedzenia i nocleg. O Terra Parna i Medolandii, dwóch miejscach, które zasłużyły na osobny rozdział, pisałem już wyżej. Oto reszta tego, co odwiedziłem w ostatnich latach.
Winnica Vína z Mlyna, jej pieczona kaczka i wino mszalne
Winnica Vína z Mlyna leży w Doľanach i słynie z tego, że robi dobre wina zgodnie z miejscowymi tradycjami winiarskimi. Ma też licencję na wino mszalne, haha. Spróbuj go. Jego produkcja podlega dużo surowszym zasadom niż produkcja zwykłego wina, a pozwolenie na wino mszalne dostają tylko zaufani winiarze 🙂
Ta okolica ma długą historię uprawy winorośli, a winnica stawia na naturalne metody produkcji wina, dzięki czemu jej wina zachowują charakter regionu. Organizują tu degustacje win z kolacją, prawdziwą gratkę dla miłośników wina. Oprócz wina możesz też spróbować lokalnych przysmaków, które świetnie pasują do ich win.
- Wskazówka od Milana To nie restauracja, tylko winnica, dlatego wizytę trzeba wcześniej zarezerwować i uzgodnić.

Winnica Mrva & Stanko
Mrva & Stanko powstała w 1997 roku dzięki winiarzowi z międzynarodowym doświadczeniem i człowiekowi z reklamy. Wprowadziła na Słowację nowoczesne wina: lekkie, świeże, owocowe i z wyraźnym charakterem odmiany. Współpracuje ze sprawdzonymi plantatorami, a winogrona przetwarza sama, żeby mieć pełną kontrolę nad jakością. Produkuje około 360 000 butelek rocznie i nie przekracza tej granicy, żeby utrzymać standard.
Oprócz zwykłej oferty ma też prywatne archiwum na ekskluzywne wina, które klienci mogą tu przechowywać, jeśli nie mają w domu odpowiednich warunków. Mnie to archiwum przypominało bank Gringotta z Harry’ego Pottera, haha. Ich rosé zdobyło złoty medal w Paryżu, a przy produkcji używają też betonowego zbiornika, który nie dodaje winu żadnego niepożądanego posmaku.

Winnica Karpatská Perla
Karpatská Perla traktuje swoje wino jak żywy organizm, który zaczyna się w glebie, a kończy w kieliszku. Brzmi to jak winiarski frazes, ale po rozmowach z właścicielem czułem, że wierzy w to, co mówi, i że winogrona są jego wielką pasją.
Wszystko opiera się na szczególnym charakterze Małych Karpat, gdzie podłoże spotyka się ze słońcem, deszczem i wiatrem. Własne winnice w promieniu sześćdziesięciu kilometrów prowadzą z najwyższym szacunkiem dla natury, a winogrona uprawiają ekologicznie, bo zgodnie z ich filozofią wino nie powstaje w piwnicy, tylko w winnicy.
„Gleba i położenie to podstawa, ale najważniejsi są ludzie”, mówi mi właściciel. Winnica to przede wszystkim praca ręczna, która wymaga pokory i determinacji, żeby robić wszystko uczciwie. Winogrona przetwarzają wyłącznie we własnej piwnicy, żeby mieć pełną kontrolę nad jakością, i od początku dbają o glebę, miejsce i odmiany. Wino ma być nie tylko napojem, ale też przeżyciem kulturalnym, w którym miejsce i sposób degustacji są tak samo ważne jak to, co jest w butelce.
Degustacja miodu pitnego w Smolenicach
Przy tym „międzynarodowym klimacie” zostanę jednak jeszcze chwilę, tylko kilka kilometrów dalej. W Smolenicach poczujesz szczególną świąteczną atmosferę w Nektárii Smolenice, która leży pod tamtejszym zamkiem. Ten pszczelarski teren jest na święta udekorowany, a oprócz tradycyjnego jarmarku bożonarodzeniowego czeka tu na ciebie miodowy klimat: możesz spróbować różnych rodzajów miodu pitnego, miodowego burčiaka (młodego, wciąż fermentującego napoju) i innych miodowych napojów.
Są tu też stoiska z jedzeniem: burgery, tacos, haluszki, pizza i inne dania z całego świata, a do tego opcje wegetariańskie i bezglutenowe. Nektária organizuje też imprezy tematyczne, takie jak wiosenny, letni i nocny Medokvas, podczas których możesz degustować miód pitny i inne miodowe produkty w romantycznym i tajemniczym otoczeniu pszczelarskiego ogrodu.
Powiedziałem właścicielom, że powinni podnieść cenę wstępu, bo to, co tu oferują, jest warte dużo więcej 🙂
Bistro PERK
Bistro PERK w centrum Trnawy to miejsce, gdzie stawia się na świeże, lokalne i sezonowe składniki. Kuchnia jest otwarta, więc goście widzą, jak powstają dania, i mogą się dowiedzieć, skąd pochodzą składniki. W soboty serwują brunch, idealny na weekend.
Dania zmieniają się z sezonem, więc każdy gość spróbuje czegoś świeżego i lokalnego. Mniejsze porcje w menu degustacyjnym pozwalają skosztować więcej dań i zrobić z obiadu albo kolacji przeżycie. Bistro wydało mi się przytulne i dyskretne, ale z duszą: ze stonowanym wnętrzem, uprzejmą obsługą i swobodnym podejściem. Dobry lokal nie musi być duży ani zatłoczony, żeby zapewnić porządne wrażenia kulinarne. Ten jest idealny dla tych, którzy cenią świeże jedzenie i oryginalne otoczenie.

Wizyta w pałacu w Voderadach, kolacja i nocleg
Pałac w Voderadach to nie tylko dekoracja ze szlachecką przeszłością. To miejsce, gdzie naprawdę możesz przenocować i poczuć otoczenie, które działa jak cicha bańka z dala od świata. Pokoje są urządzone nowocześnie, ale zostawiają miejsce dla charakteru historycznego budynku, więc nie czujesz się tu jak w skansenie ani jak w sterylnym hotelu. Spróbuj też ich restauracji. Ja zamówiłem menu austro-węgierskie i najadłem się naprawdę po królewsku.
Zaletą jest to, że nocujesz w samym parku angielskim, o którym pisałem wyżej i który działa uspokajająco i trochę jak z innej epoki. Jeśli potrzebujesz ucieczki z miasta, twórczego resetu albo romantycznego weekendu, to jest właściwe miejsce. Do tego wkrótce skończą nową strefę wellness.


Co zobaczyć w Trnawie? Już wiesz 🙂 Podróżujcie do Trnawy! Organizacja Región Trnava realizuje swoje działania przy wsparciu finansowym słowackiego Ministerstwa Turystyki i Sportu.
Milan Bez Mapy





